To nie był zwykły wyjazd do Paryża, ale intuicyjna podróż, która stała się rytuałem powrotu do siebie.
Flow od pierwszego kroku
Od samego początku podróży byłam w fantastycznym flow i wszystko dookoła mnie i ze mną płynęło. Doleciałam do Beauvais i nie spiesząc się, nie planując wcześniej godzin, wszystko było dokładnie na czas i w punkt. Autobus na dworzec z lotniska, pociąg już na peronie w momencie mojego wejścia, łatwe odnalezienie właściwej linii metra. Wszystko mi sprzyjało.
Po przybyciu z lotniska wieczorem jeszcze poszłam zorientować się w okolicy i …… było jeszcze lepiej niż sobie wyobrażałam. Hotel był 5 minut piechotką od Placu Saint Germain Des Pres i do mostu Pont Des Arts. Już pierwszego wieczoru poczułam klimat tego miejsca . Było cudownie.
Pere-Lachaise – pożegnanie, którego się nie spodziewałam
Następnego dnia obudziłam się pełna ciekawości, lekkości i radości. Tyle pięknych miejsc na mnie czekało. Zza okna powitało mnie piękne słońce. Pierwszym miejscem , jakie miałam w planie przed południem był cmentarz Pere-Lachaise. Najpierw udałam się pod grób Fryderyka Chopina. Monumentalne grobowce jakie mijałam poprzecinane były pięknymi promieniami słońca a efekt komorebi jeszcze bardziej nadawał poetycki wydźwięk tej chwili. Moje oczekiwania wobec odczuć tego miejsca były duże … chyba zbyt duże. I jakież było moje zdziwienie jak przy grobie Fryderyka Chopina …. nie poczułam nic. Pustka. Moje myśli krążyły wokół rozczarowania . Naprawdę przyjechałam tu , by nie mieć żadnego odczucia ? Miałam ze sobą liść klonowy, bardzo symboliczny dla mnie, bo z cmentarza, na którym pochowana jest moja siostra. Trzymałam go przy sobie 3 lata. Tyle czekałam , by w końcu Ją pożegnać. Myślałam, że symbolicznie zostawię ten liść gdzieś tutaj, gdzie poczuję, że mnie przyciąga. Ale to nie był grób Chopina. I nagle przypomniał mi się pogrzeb mamy mojej przyjaciółki sprzed kilku tygodni przed moją podróżą. W ostatniej drodze towarzyszyła Jej ulubiona piosenkarka Edith Piaff. Trafiłam do miejsca, gdzie pochowana została Edith Piaff. Tam już nie mogłam powstrzymać łez i tam przy dźwiękach Hymne a l’amour pożegnałam Monikę . Wychodząc głównym wyjściem z cmentarza czułam jakbym przechodziła symboliczną bramę, za którą zostawiłam wszystko to, co nie jest moje i co jest już przeszłością .
Sekwana, mosty i łzy, które wiedziały więcej niż myśli
Dalej szłam “ po mapie swojej podróży”. Nigdzie się nie spieszyłam i zwracałam uwagę na wszelkie detale i odczucia. Wdychałam Paryż pełną piersią, czasami w ciszy, czy też raczej przy dźwiękach zgiełku ulicznego a czasami z muzyką z mojej playlisty na uszach. Przechodząc przez Pont Tournelle nie mogłam opanować łez wzruszenia. Nie wiem co tam się wydarzyło… ale dałam płynąć łzom, tak jak woda Sekwany … swobodnie. Siedząc przy Katedrze Notre Dame i słuchając Hani Rani obserwowałam ludzi. Nie czułam potrzeby wchodzenia do środka . W przepięknym słońcu, siedząc na placu oddychałam Paryżem zajadając pieczone kasztany.
Przechodząc obok Luwru, w kierunku fontanny Place de la Concorde czułam ogromny ciężar. Następnego dnia dowiedziałam się, że z Luwru w ciągu kilku minut wyniesiono z Galerii Apolla 8 cennych klejnotów koronnych o wartości ponad 100 mln dolarów ! Co za zbieg okoliczności.
Siedząc przy przepięknych fontannach – Fontannie Mórz i Fontannie Rzek – wpatrując się w tryskającą w promieniach słońca wodę, afirmowałam całą sobą pełnię obfitości.
Obfitość jako stan umysłu
Wracając piechotą wzdłuż Sekwany postanowiłam iść do kawiarni na Placu Saint Germain- Les Deux Magots, o której wspominał William Wharton w swojej książce “Spóźnieni kochankowie”. Zamówiłam kawę i maliny. Wpatrzona w plac delektowałam się uczuciem …. Obfitości 😁. Zamówiłam najdroższe w moim życiu do tej pory maliny ( 20 euro za małą szklaneczkę ) 😅 i miałam w sobie ogromną lekkość 😀. Siedziałam i delektowałam się owocami , kawą i myślami, że właśnie jestem oto w kawiarni, o której czytałam w mojej symbolicznej książce. Właśnie spełniały się moje marzenia.
Nagle usłyszałam polskie głosy. Odruchowo podniosłam głowę i zobaczyłam Wojciecha F. ( słynnego polskiego tenisistę z lat 70 i 80), który po zakończeniu kariery sportowej stał się uznanym kolekcjonerem, marszandem i mecenasem sztuki. I jak podniosłam głowę, to mój wzrok spotkał się z jego i wymieniliśmy się uśmiechami. Nie mógł wiedzieć, że jestem z Polski. Wbiłam swój wzrok w swoją filiżankę ale czułam, jak coś mnie ściąga. Podniosłam znowu głowę a Pan Wojciech wpatrzony we mnie spytał, czy jestem Polką. Byłam w szoku, bo czasami mnie mylono z Rosjankami czy Szwedkami za granicą ale nigdy nikt nie spytał czy jestem z Polski. Wywiązała się niesamowita rozmowa. Po wyjściu z kawiarni nie mogłam odpędzić myśli … co tam się wydarzyło ?
Tego dnia wydarzyło się tyle, że nie sposób zebrać tego w kilka zdań. Sporo łez wzruszenia, sporo odczuć pożegnania i pozostawienia za sobą. I wejście w pełną obfitość. O obfitości nie świadczą zera na koncie, to stan umysłu. Tego dnia poczułam całą sobą, że nie brakuje mi już niczego. Moje maliny za 20 euro były moim lekkim i radosnym, symbolicznym „tak” dla obfitości, zaraz po wodzie z fontann (symbolu przepływu!). A potem — pojawia się ktoś , kto uosabia luksus i sukces, kto symbolicznie widział mnie — nową, która już w innej energii obfitość przyjmuje z wdzięcznością i spokojem.
Ja już nie zabiegam o świat — świat przychodzi do mnie. Ja już jestem w harmonii z życiem. Wszystko we mnie i wokół mnie jest w idealnym porządku.
To był mój rytuał potwierdzenia własnej wartości— nie przez pieniądze, nie przez uznanie z zewnątrz, ale przez to, jak się czułam w środku. To była niesamowita lekkość.
Życie pokazało mi znaki …. byłam już w innym miejscu, w innym stanie umysłu. Mając stałe, bezpieczne dochody miewałam lęki, że stracę . Nie mając zbyt wiele na koncie czuję, że mam wystarczająco i nie obawiam się jutra. Znacie te odczucia?
Dzień serca i kreacji – Sacré-Cœur
Kolejny dzień nazwałam dniem SERCA i KREACJI. Rano pojechałam do Bazyliki Sacré-Cœur. Przeżyłam tam niezwykle mistyczny moment. Usiadłam na samym środku pod kopułą i zamknęłam oczy . Serce biło mi tak, że brakowało mi tchu . Łzy leciały a ja pozwoliłam im płynąć po policzkach. Z zamkniętymi oczami pozwoliłam sobie tylko …. czuć. Przychodziły obrazy i słowa . Wypełniałam się niesamowitą miłością i jednocześnie wypuszczałam z siebie miłość do moich bliskich, bo oni po kolei pojawiali się w mojej głowie obrazami. W pewnym momencie poczułam że jestem oczyszczona i wypełniona jakąś magiczną mocą. Myślałam, że minęło 10 minut a okazało się, że to 40. Chodziłam długo po Montmartre po wyjściu z Bazyliki. Delektowałam się nastrojem dzielnicy słuchając ulicznych muzyków, popijając kawę w nastrojowej kawiarni, odwiedzając galeryjki i zajadając wielką porcję pieczonych kasztanów. Ten dzień był pochmurny i padał lekki deszczyk ale to nie miało dla mnie znaczenia, bo w sercu miałam słońce .
Pojechałam metrem do Ogrodów Luxemburskich. Usiadłam na krzesełku przed fontanną i patrzyłam na radosne dzieci puszczające małe łódeczki na wodzie . Cały dzień w kółko powtarzałam słowa – „ moja miłość płynie swobodnie” – a teraz patrzę na łódki. Wszystko jest na TAK. Uświadamiam sobie , że spełniam marzenia . Jestem w pięknych miejscach i czuję na przemian radość i spokój . Nie potrzeba mi nic więcej .
Relacja nie z kimś, lecz z życiem
Wieczorem podczas spaceru po moście des Arts dopełnił się dzień moją prawdą . Wchodząc na most powtarzałam w myślach słowa – wybieram miłość która jest wolna, miłość która daje przestrzeń i zaufanie. Ze smutkiem spojrzałam na wiszące kłódki przy lampie . Spojrzałam na wieżę Eiffla, która świeciła jak latarnia . Przypomniały mi się słowa z bardzo osobistej sesji – „ jestem latarnią , która oświetla swoim światłem innym drogę”. Zeszłam z mostu po drugiej stronie Sekwany ze słowami – zostawiam na tym moście miłość która zniewala, rani i wiąże. “Głowa” sama podrzucała mi słowa … tu i teraz. Czułam , że mam wrócić mostem Pont Neuf. Byłam non stop prowadzona. W mojej głowie pojawiła się myśl – Ty jesteś w relacji ze wszystkim i wszystkimi. W głowie od razu pojawił mi się tytuł piosenki Nessi Gomes “We are all related” . Założyłam słuchawki , zapętliłam muzykę i z nią weszłam na most Pont Neuf . Idąc pojawiło się znowu wzruszenie i łzy … a ja już wiedziałam że o TO chodziło . To były te wibracje. Nie relacji z kimś, tylko relacji z życiem. To niesamowite, że ta muzyka przyszła właśnie teraz.
Panteon – dziedzictwo i odwaga
Kolejny dzień , był dniem odwagi, dniem budowania wewnętrznej pewności siebie przed wejściem w nowe doświadczenia zawodowe.
To Panteon miał stać się moim miejscem wewnętrznej pewności. Usiadłam w nim pod kopułą. Poczułam ogromną powagę tego miejsca . W pewnym momencie zaczęły śpiewać jakieś chóry a ja poczułam ogromny smutek i ból . To zupełnie inna energia niż w poprzednie dni . Przychodzi mi myśl DZIEDZICTWO. Tak, Panteon jest dziedzictwem – zbiorową pamięcią tego, co poprzednie pokolenia zostawiły nam w spadku: ich idee, walki, geniusz, ale też ich ciężary. Siedziałam znowu z zamkniętymi oczami i oddałam się totalnemu odczuwaniu tego miejsca. Ale to nie było już tak przyjemne. Czułam ból i powagę – to było jak spotkanie z pamięcią przodków, z energią pokoleń, które niosły odpowiedzialność, obowiązek, poświęcenie.
Znowu płynęły łzy a ja wiedziałam, że to znak, to rozpoznanie, że jestem dokładnie tu, gdzie mam być.
By zrównoważyć i zintegrować energię z Panteonu poszłam do restauracji z filmu Emily in Paris. To było dosłownie ze 100 metrów od Panteonu. Podeszłam do stolika a mężczyzna siedzący obok wstał i odsunął mi krzesełko 😲😁. Co za gest. Odruchowo podziękowałam polskim słowem „dziękuję” i jakież było zaskoczenie, bo to była para Polaków. Wywiązała się przemiła rozmowa . To niesamowite, że znowu w tak nietypowej dla mnie sytuacji spotykam się znowu z Polakami 😲
A może to nie przypadek właśnie, że to Polacy — to tak, jakby Moje dziedzictwo odpowiedziało ciepłym gestem.
Kiedy jest się w swojej prawdzie i otwartości, świat odpowiada tym samym.
Ten dzień był trudny i tak inny niż poprzednie, gdzie przeważała lekkość i radość. Czułam bardzo ciężkie energie. Nawet jak szłam Champs Elysees to padał deszcz i czułam ciężkość tej ulicy . Jakby ten blichtr i luksus okupiony był czyimś bólem .
Ten dzień był w swojej symbolice dniem odwagi. Czasem wymaga to zejścia w głębsze warstwy siebie, by zobaczyć, co jeszcze chciało się ujawnić, zanim naprawdę wejdzie się w nowe.
Wdzięczność, integracja i powrót do siebie
Przede mną został ostatni dzień. Zostawiłam go zupełnie na spontaniczne działania. To miał być mój dzień wdzięczności …. za to, że pozwoliłam sobie tu być i przeżywać każdy moment po swojemu.
To był wspaniały dzień integracji i …. po prostu bycia . Poranek był bardzo słoneczny i poszłam za promieniami słońca i sercem ♥️. Siedząc w kawiarni, w przepięknych promieniach słońca , popijając pyszną kawę uzupełniłam swój dziennik wdzięczności….a było czym. Kolejne miejsce to Kościół Saint-Sulpice, gdzie czułam że wszystko się łączy. Zapaliłam tam białą świecę z wdzięcznością za to, co tu przeżyłam i by wypaliła to, co ma tu zostać . W małej galeryjce zakupiłam cudowne kadzidełka, których zapachem zakotwiczam wspomnienia z Paryża .
Potem moje nogi zaprowadziły mnie do restauracji , którą mijałam każdego wieczora. Wtedy jednak były wielkie kolejki a tego dnia o tej porze restauracja aż prosiła się, by do niej wejść. Tam dałam ucztę swojemu podniebieniu. Zjadłam najpyszniejszą zupę cebulową ever z francuską bagietką i wyśmienitą rybę. To było cudowne zakończenie .
Ale ja wiedziałam, że Paryż nie kończył się tutaj — on teraz zamieszka we mnie.
Tego dnia nie żegnałam Paryża. Tego dnia witałam siebie — tą, która odnalazła światło we własnym sercu. Każdy krok, każda łza, każdy uśmiech i każdy dźwięk były częścią mojej modlitwy w ruchu.
Paryż stał się zwierciadłem, w którym zobaczyłam całość: moje dawne lęki, moją siłę, moją delikatność i moją prawdę.
Już nic nie muszę zostawiać za sobą — wszystko, co miało się przemienić, przemieniło się we mnie.
Paryż mnie nie zmienił.
Paryż mnie przypomniał.



