To osobista historia mojej drogi od lęku, trybu przetrwania i życia w napięciu do spokoju, harmonii i głębokiego powrotu do siebie.
Czy ktoś z Was czuł się kiedykolwiek jak w potrzasku, sytuacji bez wyjścia ? Ja wiele razy. Wiele razy też myślałam, że wiem już tyle, doświadczyłam i nauczyłam się już tyle, że już sobie nie pozwolę na takie trudne sytuacje, uniknę już zranienia. Nic mylnego. Za każdym razem przychodziło niespodziewanie.
Renata – po łacinie – nowo narodzona, odrodzona. Dopiero kilka lat temu opracowując swoja pierwszą markę RENE restored reborn reused, którą wykorzystałam do obrandowania foteli, poddając je renowacji i dając im nowe życie, zajrzałam do znaczenia swojego imienia. Nie lubiłam swojego imienia przez wiele lat. Zawsze zastanawiałam się, skąd rodzice wpadli na takie imię … takie zwyczajne. Historia rodzinna głosi, że miałam mieć na imię Beatka ale tato po moich narodzinach idąc do Urzędu zarejestrować mnie “pomylił” imiona i zarejestrował imię Renata. Teraz już wiem, że nie ma pomyłek.
Odradzałam się w swoim życiu wiele razy ale ostatnie 10 lat owocowało narodzinami spektakularnymi. A jak wiecie ( szczególnie kobiety ), życie nie rodzi się w lekkości. To najsilniejsze i najtrudniejsze sytuacje powodowały, że nie byłam po nich już taka sama.
Kiedy życie przestaje być snem.
Do 46 roku życia żyłam jak większość z nas …. we śnie. Czasami dosłownie jadąc do pracy nie pamiętałam drogi do niej. Żyłam jak świstak, dzień za dniem. Wiele z nich było przyjemnych, bywały również bardzo trudne ale po przeżyciu ich otrzepywałam się i wracałam do kołowrotka zdarzeń, jak chomik do swojego kółka, który biegnie ….. bez celu.
I przyszedł moment, kiedy zaczęłam zadawać sobie pytania : Czy ja chcę tak do końca życia? Jaki sens ma moje życie ? Co ja ważnego robię ? Co po sobie zostawię ? Co tak naprawdę jest dla mnie ważne ? Co mnie karmi ? Co powoduje, że chce mi się wstawać każdego dnia ? Co daje mi szczęście ? I czy tak naprawdę jestem szczęśliwa ?
Pomimo tego, że uśmiechałam się dużo i całą sobą nie czułam przepełniającej mnie radości. Ci, którzy znają mnie do lat wiedzą, że byłam raczej radosną osobą. Nawet niektórzy identyfikowali mnie poprzez uśmiech. Na wiele z tych pytań wówczas nie znałam odpowiedzi. Z moich ust powoli zaczął też znikać uśmiech. Ale oprócz uśmiechu znana byłam również z odwagi. Nie lękałam się mówić tego co myślę i nie lękałam się robić rzeczy, jakich nie robili inni. Często dotychczas szłam pod prąd. Ale, żeby iść, trzeba było wiedzieć gdzie chce się iść …. a ja poczułam, że straciłam swoją nawigację.
I zaczął się we mnie odzywać cichy głos wewnętrzny. Nie, on nie zaczął się wtedy odzywać, to ja zaczęłam go w końcu słyszeć, bo go nie zagłuszałam. Zadawałam sobie pytania i czekałam na odpowiedzi. I one zaczęły przychodzić.
Depresja, pustka i szukanie szczęścia na zewnątrz
Pierwszym obszarem, jakiego dotknęłam było moje małżeństwo, w którym byłam ponad 20 lat. Bardzo mocno czułam, że to nie jest już moje miejsce. To nie oznaczało, że to ktoś był nie taki jak trzeba ale to ja się na tyle zmieniłam, że nie czuję się szczęśliwa, tu gdzie jestem i coś muszę z tym zrobić. Podjęłam decyzję o odejściu … by samej poszukać swojego szczęścia.
Szukałam …. i nie mogłam go znaleźć. Wtedy po raz pierwszy dopadła mnie depresja. Szła za mną po cichu i ja początkowo ją ignorowałam. Ból żołądka maskowałam rozmowami z przyjaciółkami i zadaniami zawodowymi. Ale bezsenności nie dało się już maskować. Wtedy po raz pierwszy udałam się po pomoc do psychiatry i po magiczne pigułki. Pomogły w kilku obszarach somatycznych …. ale one nie dały mi odpowiedzi na pytanie jak być szczęśliwą.
Odpowiedzi szukałam również w artykułach . Ale to co tam czytałam było tak oczywiste i samo czytanie nie przynosiło ulgi.
Zapisałam się na warsztaty – Jak być szczęśliwym ? Tam między innymi odpowiadałam sobie na pytania – co jest dla mnie ważne ? Co sprawia, że chce mi się wstawać rano ? Co wywołuje mój uśmiech ( wtedy przywoływałam swoje dawne doświadczenia )? Z czego absolutnie nie zrezygnuję w swoim życiu ? I tak powoli kształtowała się lista moich wartości w moim życiu. Z tej listy wynikało, że nie mogłam w wielu obszarach czuć się spełniona, bo po prostu nie realizowałam tych wartości.
To był okres, kiedy czułam pustkę w środku. Wracając po wielu godzinach z pracy, gdzie przebywałam wśród bliskich mi i życzliwych osób, do pięknego domu, w pięknym ogrodzie czułam ogromną samotność i pustkę.
Dusza prowadzi, nawet gdy umysł się boi
Zaczęłam szukać kogoś, kto może mi ją pomóc wypełnić. Ale żadna nowa znajomość nie dawała mi spełnienia …. bo nie miała prawa mi go dawać ale wtedy tego nie wiedziałam. Byłam w braku i to co przyciągałam, to jeszcze więcej braku. Po każdym rozstaniu powstawała jeszcze większa pustka.
Ale razem z tymi doświadczeniami jednocześnie słuchałam swojego wewnętrznego głosu, który prowadził mnie w różne nowe miejsca, do poznawania nowych ludzi, nowych “metod przyglądania się sobie” . Eksperymentowałam i zauważyłam, że na danym etapie te “metodyki” przynosiły mi jakąś ulgę.
Tak poznałam cudowną kobietę Ilianę Ramirez, do której na warsztaty jeździłam kilka razy i od której po raz pierwszy tak bardzo namacalnie nauczyłam się, czym jest energia, czym jest intuicja i jak ją odróżniać od ego, jak pomagać sobie samemu w znalezieniu spokoju i harmonii … i wiele , wiele innych cennych wskazówek.
Poznałam też fantastycznego Marcina Prackiego, z którym przez ponad 40 dni codziennie o 6 rano przechodziłam maraton transerfingu. Przeczytałam wszystkie książki Vadima Zelanda i byłam na warsztatach u Marcina. To był czas kiedy manifestowałam w swoim życiu wiele pięknych rzeczy.
Ale mój wewnętrzny głos prowadził mnie do coraz to innych doświadczeń a ja dalej eksperymentowałam i zaczęłam odczuwać realne zmiany w moim życiu, które dawały mi chwile szczęścia. Ale to nadal były chwile … ulotne.
Przez ostatnie lata odkrywałam w sobie powody swoich schematycznych zachowań, przede wszystkim w relacjach. Powielałam je jednak w każdej nowej znajomości próbując zmieniać swoje zachowania. Ale energii nie oszukasz. Świadomie wiedziałam co robię nie tak ale najważniejsze jest to, że nasze zachowania wypływają z podświadomości a jej tak łatwo nie zmienisz. Do zmiany z poziomu podświadomości potrzeba było więcej wysiłku i świadomej pracy transformującej. Nauczyłam się identyfikować te momenty. To wymagało obserwowania siebie, własnych odczuć, zatrzymywania się na nich i przywołania tych momentów, kiedy one powstały “ po raz pierwszy” oraz zaakceptowania.
Byłam na kilku sesjach radykalnego wybaczania, bo nie chciałam trzymać urazy do osób, które “sprawiły mi ból”. Dowiadywałam się z coraz większej liczby źródeł, że to nie ktoś nas krzywdzi a my dajemy na to przyzwolenie. Na jednej z sesji okazało się, że to z czym przyjechałam musiało być odłożone, bo ja przede wszystkim muszę wybaczyć sama sobie, by poczuć spokój.
Lekcje, które przychodzą, gdy myślisz, że już „wiesz”
To były lata, kiedy zaczęłam nabierać pewności, że to ja sama panuję już nad swoim życiem i to ode mnie zależy jak się czuję. Wybierając osoby, którymi się otaczam, treści jakie czytam, filmy jakie oglądam, muzykę jakiej słucham … myśli jakie generuję.
Ale nie kochani, nic mylnego – wiedza o tym nie wystarczy. Nad umysłem zapanować najtrudniej. On wciąż “ generuje” myśli, które nie są sprzymierzeńcami. Bo to jest centrum dowodzenia ego a ego chce nas chronić na podstawie tego co zna, czego doświadczyło. A ja szłam w nowe. Wszystko co nowe było dla niego zagrożeniem, więc jego podszepty mnie non stop bombardowały wątpliwościami. Ale ja świadomie “przeprogramowywałam” swój umysł. Lektury Joe Dispenzy pomagały mi w tym.
Moja intuicja prowadziła mnie dalej i tak poznałam metodykę materializowania intencji, jaką jest Dwupunkt, czy metodę uwalniania emocji Davida R. Hawkinsa. To były niesamowite doświadczenia, bo te metody są tak proste, że człowiek zakłada od razu, że nie mogą działać bo są zbyt proste … a jednak – działają.
Ale mi było cały czas mało. Cały czas szukałam nowych doświadczeń. Tzn. nie specjalnie ich wyszukiwałam ale one po prostu pojawiały się na mojej drodze a ja silnie czułam, że to jest coś, czego chcę dotknąć, dowiedzieć się, nauczyć.
Wtedy jeszcze nazywałam TO intuicją, teraz już wiem, że moja Dusza mnie cały czas kierowała a ja na szczęście dawałam Jej się prowadzić.
Jedno chcę tutaj zaznaczyć. Ona zawsze znajdzie sposób, by do was dotrzeć. Ona chodzi tymi samymi ścieżkami co wy. Jeśli wy oglądacie youtube to Ona tam podeśle Wam film, jeśli słuchacie podcastów, to tam coś podrzuci, jeśli czytacie książki, gazety, słuchacie muzyki … to znajdzie sposób, by Wam przekazać to, czego na dany moment potrzebujecie. Jeśli na dany moment nic nie czytacie, czy nie słuchacie to postawi Wam na drodze innego człowieka lub przekaże to, co ma do przekazania w śnie.
Jedno jest najważniejsze – by siebie odnaleźć … otworzyć się na znalezienie odpowiedzi, należy zadawać pytania.
Tak też trafiłam do szkoły szamańskiej Andrew Paradnika. Od niego nauczyłam się podstaw bhp pracy z energią i tego, że to nie jest zabawa. Niesamowite doświadczenia, wiedza i umiejętności, które zostaną ze mną na zawsze. To był etap, który przygotowywał mnie do nowych doświadczeń. Jedną z moich wartości ale też tym, co wpisane jest w plan mojej Duszy jest rozwój. A to nie oznacza, że uczę się tylko wtedy, kiedy ja chcę. To oznacza, że dostaję również doświadczenia, które ćwiczą moje “mięśnie duchowo-emocjonalne” bez mojego wcześniejszego przyzwolenia. Ale wszystkie, nawet te najboleśniejsze doświadczenia pokazały mi, że nie otrzymujemy żadnego doświadczenia zanim nie jesteśmy na nie gotowi. Zatem, jeśli przytrafi wam się cokolwiek, co na dany moment waszym zdaniem jest nie do przejścia, to wiedzcie, że jesteście gotowi właśnie tu i teraz, bo inaczej nie doświadczali byście tego.
I kiedy wydawało mi się, że mam kontrolę nad swoim życiem, żyję wspaniale w lekkości i radości i rzeczy dzieją się tylko wtedy, kiedy ja na to pozwalam, to dostałam nową lekcję.
Do swojego gabinetu zaprosił mnie szef, który po 18 latach pracy oznajmił mi , że ma dla mnie inną propozycję pracy, poza naszą firmą ( dosłownie 😀) . I nie muszę chyba dodawać jak może poczuć się osoba, której niezależność jest jedną z wartości, jak ktoś za nią decyduje w sprawie tak istotnej, jak zmiana w karierze zawodowej. Nie mogłam przyjąć tej propozycji, nawet jak bezpieczeństwo finansowe było dla mnie bardzo istotne, bo utrzymywałam się sama. Wolność i decydowanie o sobie stoi zdecydowanie wyżej w mojej hierarchii wartości. Ale jednocześnie wiedziałam, że to był odpowiedni moment na zmiany zawodowe. Uznałam to za absolutne zrządzenie losu, “odgórne” decyzje, którym po prostu się poddałam.
Ciało, które woła o uwagę
Mówi się, że rozwód, śmierć bliskiej osoby i utrata pracy, to największe traumy. Ja je w ciągu ostatnich lat przeżyłam wszystkie. Każda z tych sytuacji niosła inne ładunki emocjonalne i każda wymagała “przeżycia”.
Po odejściu z pracy posypało się moje zdrowie. Ciało, które utrzymywało mnie w gotowości przez wszystkie lata, kiedy stres mobilizował mnie, by się nie rozsypać a ono dzielnie znosiło wszystko, co mu fundowałam, teraz “powiedziało” dość.
Najpierw posypał mi się kręgosłup, potem stawy a potem juz miałam wrażenie, że każda jego część domaga się zaopiekowania.
Postanowiłam zrobić sobie dłuższą przerwę od pracy i po 30 latach pracy zawodowej zastanowić się, co ja tak naprawdę chcę robić, co po sobie zostawić i z czego mogę czerpać pełnię satysfakcji ?
Emocjonalnie po odejściu z pracy czułam się bardzo dobrze. Jakby moja Dusza wiedziała, że przez ostatnie lata przygotowywałam się do udźwignięcia tego. Ciało puściło ale inna część mnie, wzmacniała mnie z innej strony.
Wydawało mi się, że nic gorszego spotkać mnie już nie może … i jakże się myliłam.
Poznałam mężczyznę, któremu dałam się oszukać. Największym moim błędem było to, że za szybko zaufałam. Kiedy wydawało mi się, że ja już mam czujki wszędzie dookoła, że znam metody weryfikacji zdarzeń, nawet umiem wpływać na rzeczywistość …. rzeczywistość mnie przygniotła. To było kolejne traumatyczne przeżycie, które rozłożyło mnie na łopatki. W jednym czasie dochodzenie się z pracodawcą o swoje prawa, zachwianie zaufania do samej siebie, ogromne huśtawki emocjonalne jakim poddałam się poprzez wpływ drugiego człowieka, doprowadziły mnie na skraj wyczerpania nerwowego.
Czułam się, jakby zawiodło wszystko, czego do tej pory się nauczyłam, dowiedziałam i co wręcz do tej pory praktykowałam. Oczywiście że pojawiły się pytania – dlaczego ? Co mi to miało pokazać, czego nauczyć ? Ale to jeszcze nie był moment na odpowiedzi. Najpierw musiałam postawić się na nogi. Miałam zewsząd: od przyjaciółek, dzieci, rodziny deklarację pomocy …. ale ja wiedziałam, że to moja lekcja i muszę stanąć na nogi sama. Po odejściu z pracy miałam w sobie odwagę i ciekawość tego, co przede mną. Patrzyłam na przyszłość jak na przygodę, której się poddaję. Miałam zaczynać wszystko od nowa ale byłam podekscytowana tymi zmianami.
I nagle wszystko zniknęło. Pozostał ze mną tylko lęk. Lęk o wszystko. Wysiłkiem było dla mnie wyjście z domu nawet na spacer. Sięgałam po wszystkie sposoby, jakie znałam dotychczas, by pozbyć się nocnych koszmarów i codziennych lęków. Próbowałam różnych technik oddechowych, relaksacyjnych i medytacji na pozbycie się lęków. Nie działało początkowo nic.
Na szczęście Duszyczka dosyć szybko na ratunek podesłała mi dr hab. Mariolę Wolan – Nowakowską, z opracowaną przez nią autorską metodą pracy ze stresem i lękami dla kobiet.
Przez wiele tygodni przechodziłam przez cały jej program krok po kroku, jak dziecko uczące się chodzić. Nowatorstwo tej metody polega na tym, że zanim przyszedł moment na przyglądanie się emocjom, 100% uwagi szło na ciało. Przez wiele tygodni dzień po dniu wykonywałam bardzo proste ćwiczenia fizyczne, relaksacyjne i oddechowe. Prowadziłam dzienniczek, w którym skrupulatnie odznaczałam obowiązkowe ćwiczenia czując, że one mogą mnie uratować. Powoli odzyskiwałam kontak z ciałem. Nogi – te wzmacniałam najpierw, by poczuć mocno nimi grunt pod sobą, odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Uczyłam się od nowa rozpoznawać w ciele swoje emocje, pozwalałam sobie na przepuszczanie ich przez siebie.
Cel, jaki sobie postawiłam przed tą terapią to – ODZYSKANIE SIEBIE sprzed kilku miesięcy, przypomnienie, odnalezienie swojej ciekawości życia, odnalezienie odwagi, motywacji do działania i radości z życia.
Lęk, wstyd i wspinaczka po skali świadomości
Dla tych, którzy nie znają skali poziomów świadomości ( emocji ) Dawida Hawkinsa przypomnę. Na samym dole – dla mnie dnie, gdzie się znalazłam – jest WSTYD. Uczucie, jakie temu towarzyszy to upokorzenie. Nie będę przytaczała tutaj całej skali ( zachęcam do lektury na ten temat ) ale to, co tu przytoczę, to że życie zmusiło mnie do przejścia po każdym szczebelku, by dojść do emocji neutralnej, jaką na tej skali jest odwaga na poziomie mocy równej 200.
Zaczynałam od przeżycia wstydu – 20, winy, apatii, żalu, strachu, pragnienia i złości- poziom mocy 150. Kiedy doszłam do dumy i była to emocja, która dawała mi już motywację do działania, to nadal dowiadywałam się, że z tego poziomu jeszcze niewiele zdziałam. Mówiłam sobie – “ oby do odwagi “, do poziomu mocy – 200. Niektórzy obrazowo przedstawiają, że ten poziom, to jak zaczerpnięcie powietrza po wypłynięciu ponad lustro wody …. tak było dokładnie.
Dziś jestem w większości czasu na poziomie pomiędzy radością a spokojem wewnętrznym ( pomiędzy 540-600 poziomem mocy ) . Nie mam potrzeby, by dochodzić do oświecenia – ostatniego poziomu 😀.
Spokój jako wybór, nie nagroda
Jest mi bardzo dobrze tu gdzie jestem. Czasami skaczę poniżej w skali do złości, żalu czy apatii. Czasami dopadają mnie wątpliwości, które głównie wynikają z problemów zdrowotnych ale już wiem, jak wygląda wspinaczka . Też nie muszę przechodzić już po kolei, jak spadnę na dół skali ale umiem przeskakiwać i wskoczyć do swojej ulubionej przestrzeni, jaką jest spokój. Spokój, czyli świadoma postawa wobec wszystkiego, co do mnie przychodzi.
Między lękami a harmonią – tak wygląda życie
Wiem, że będę spadała i skakała po skali, bo rozwój jest jedną z moich wartości a rozwój mięśni duchowo emocjonalnych odbywa się poprzez dokładanie sobie “ciężarów” doświadczeń ….. ale na tym polega życie.
Lęk i tryb przetrwania jest na przeciwległym biegunie spokoju i harmonii. Nie zakładam, że wszystko już się wydarzyło. Ale nie lękam się przed tym co przyjdzie.
Tyle razy ile upadamy, tyle razy wstajemy … silniejsi.



