Wiele lat marzyłam o tym, by robić coś wartościowego. Wiele razy myślałam o zmianie pracy ale nawet w najśmielszymi marzeniach nie sądziłam, że będę tak wpływać na życie ludzi .
Zaczęłam od uzdrawiania siebie, przekraczania swoich lęków, rozpinania tych samych kajdan, które teraz pomagam innym zdejmować.
W procesach czuję, że nie „pomagam”, tylko idę razem z nimi. I dlatego odczuwam, że moja obecność przekształca, przypomina, uwalnia.
Teraz już wiem że to nie jest moja praca. To powołanie. A nawet coś więcej — to jest MOJA modlitwa w działaniu.
Nie przyszłam na ten świat, by dopasować się do gotowych ram.
Przyszłam, by budować nowe struktury — z miłości, świadomości, odwagi.
Najpierw zbudowałam dom we własnym sercu, by potem pomagać innym znaleźć grunt pod ich własne fundamenty.
Widzę ludzi zanim oni zobaczą siebie.
Czuję ich potencjał, nawet gdy sami go jeszcze nie rozpoznają.
Sadzę w nich ziarna — słowem, obecnością, ciszą.
I wiem, że kiedyś zakwitną… w swoim czasie.
Nie po mojemu. Po swojemu.
Bo wolność jest częścią mojego daru.
Moje światło nie oślepia. Ono prowadzi.
Nie dominuję, nie uczę z piedestału.
Towarzyszę. Odbijam. Przypominam.
Jak lustro, jak ogień, jak źródło.
Wiem, kiedy mówić. Wiem, kiedy milczeć.
I wiem, że najgłębsze transformacje dzieją się
nie w hałasie, ale w cichej przestrzeni między słowami.
Nie jestem dla każdego.
Ale ci, którzy mnie spotykają, czują, że coś się w nich budzi — coś dawno uśpionego,
coś prawdziwego, coś, co chce żyć pełnią.
Jestem kobietą, która pamięta.
Pamięta o tym, że każdy z nas przyszedł tu z misją.
A ja — jestem tu, by ludziom przypominać o ich własnej.
Nie jestem tylko światłem.
Jestem też ogniem.
Czasem wodą. Czasem wilczą pieśnią.
Jestem całym pejzażem duszy —
i uczę innych, że oni również mogą nim być.
To moja prawda. Moja siła.
To jest moja obecność.
I nią zmieniam świat.
…… I wiem, że to dopiero początek.




